Pamiętacie z lat 90tych ludzi w (po)pegeerowskich wsiach na komarkach? I później quady-prezenty komunijne parkujące pod kościołami? Cóż, czarni w Baltimore robią to po swojemu.

W każdą niedzielę groźni ludzie dają sobie spokój ze strzelaninami i walkami gangów i wsiadają na motory i quady, by przejechać ulicami miasta. Głównie chodzi im o przejazd na jednym kole i w tym cała atrakcja. Stronią od zatłoczonych skrzyżowań, nie chcą nikomu przeszkadzać. Chcą po prostu pojeździć na jednym kole. Policja nie może ich ścigać, bo wg prawa jest to zbyt niebezpieczne. Więc tylko ich śledzą, używając w tym celu helikopterów. Albo jadą za nimi do domu i wtedy ich aresztują. No chyba, że ktoś się przewróci i mają go wcześniej. Ameryka właśnie tego potrzebuje, kolejnego czarnego w więzieniu, który w niedzielę jeździł quadem.

W dokumencie “12 O’Clock Boys” mamy historię dzieciaka, który chce to robić. Mógłby grać w kosza, rapować lub wystąpić w Super Bowl, ale on woli jeździć na jednym kole. Syn tancerki egzotycznej. Ojca widywał rzadko, mimo, że ten tak bardzo ucieszył się z narodzin dziecka, że kupił niemowlakowi pitbulla. Liczne rodzeństwo, przeprowadzki i sąsiedztwa, w których kobiety poziomem agresji dorównują mężczyznom. Narracja małego chłopca jest chyba największą zaletą tego filmu. Na przykład wtedy, gdy obserwuje swoich bohaterów na motorach i wyjaśnie to zjawisko:

“They’re free”.

 

“12 O’Clock Boys” (2013) reż. Lotfy Nathan